Ognie na skałach - Rafał A. Ziemkiewicz

Autor: Tomasz 'earl' Koziełło

Ognie na skałach - Rafał A. Ziemkiewicz
Źle się dzieje w nadmorskim księstwie Berghu. W zatoce nie ma ryb i ludziom zagraża głód. Tajemniczy potwór morduje wieśniaków z Trychny. Z zamku w Ruerhu wydziela się mroczna magiczna aura, zaś sam książę pan dziwaczeje z upływem lat i nie dba o interesy poddanych. Nad krainą wisi tragedia. I tylko jeden człowiek może jej zapobiec.

W tak posępny klimat wprowadza czytelnika w swoją powieść Rafał Ziemkiewicz. Jej bohaterem jest Żegost, czyli Inrewald, najemny żołnierz, wędrujący po ziemiach królestwa estarońskiego w poszukiwaniu pracy, a mianowicie nowego zaciągu i okazji do wojaczki w interesie tego czy innego z feudalnych książąt. Trafia do Berghu i zostaje wciągnięty w rozgrywające się tam wydarzenia. Postanawia za wszelką cenę rozwiązać istniejący problem. Jednak pewnym osobom nie podoba się jego ingerencja.

"Z dużej chmury mały deszcz", chciałoby się powiedzieć po przeczytaniu. Zaczyna się interesująco - zagadkową śmiercią rybaka, zmasakrowanego podczas połowu. Okazuje się, że jest on którąś z kolei ofiarą krwiożerczej bestii, mieszkającej w morskich głębinach. Wszystkie te zgony wiążą się w dziwny sposób z książęcą parą i jej kłopotami małżeńskimi. Cała atmosfera księstwa przeniknięta jest grozą i strachem. Zaintrygowany czytelnik liczy więc na drobiazgowe śledztwo głównego bohatera, zakończone spektakularnym odkryciem w finale jakiejś wielkiej tajemnicy. A tu figa. Bowiem Żegost po kilkudziesięciu stronach rozwiązuje zagadkę. Dalsza fabuła jest już tylko potwierdzeniem przenikliwości jego umysłu. I w zasadzie "nic się nie dzieje, dłużyzna, proszę pana", jak rzekł śp. Zdzisław Maklakiewicz.

W ogóle sama postać Żegosta jest nienaturalna. Niby najemny żołdak, a nie klnie i nie zachowuje się po prostacku. Przeciwnie - jego język brzmi wykwintnie, jakby ukończył właśnie kurs retoryki ("Pokłon temu domowi, jego przodkom i opiekunom", rzecze do Ingolda). Jakże się różni od slangu straży z Ruerhu, gdzie w użyciu są takie słowa jak "kopnąć się", "kimnąć" czy "drapnąć". Zamiast obściskiwać niewiasty po karczmach, woli wdawać się w filozoficzne czy naukowe dysputy z rycerzami i starszymi cechu rybaków. Zna tajemnice magii i procedury prawa procesowego. Interesuje się poezją i starymi legendami. Jest niezrównanym szermierzem, zdolnym walczyć przeciwko czterem przeciwnikom oraz znakomitym dowódcą, który z chłopów w 3 dni robi dzielnych wojów. A ponadto to doskonały detektyw, który w kilka dni rozwiązuje zagadkę tajemniczych zdarzeń. Porucznik Borewicz spaliłby się ze wstydu. Ale mimo wszystkich tych zalet lub też właśnie dzięki nim, pozostaje aroganckim i egocentrycznym osobnikiem, który zawsze musi mieć rację. I udowadniać ją za każdym razem.

Ognie na skałach mogłyby zrobić furorę w czasach PRL. To opowieść pokazująca triumf uciskanego ludu nad znienawidzonymi przez komunistyczny reżim obszarnikami. Autor, w jaskrawy sposób, ukazał bowiem różnice pomiędzy obiema warstwami społecznymi. Chłopi są pracowici, inteligentni, zaradni, życzliwi i gościnni, muszą jednak ciężko pracować na utrzymanie książęcego dworu i jego drużyny. Rycerstwo natomiast jest gnuśne, krzykliwe, skore do zwad oraz bójek, obłudne i głupie, jednak to ono rządzi w księstwie. Ten stan zmienia się po przybyciu Żegosta, też człowieka z "ludu pracującego miast i wsi". Najemnik staje się "jutrzenką swobody" i wskazuje wieśniakom drogę w górę drabiny społecznej, nawet po trupach szlachetnie urodzonych. Znane treści, ale cokolwiek przebrzmiałe.

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Powieść jest przewidywalna aż do bólu. Schematyczne i jednowymiarowe postaci pozwalają w miarę trafnie zorientować się, jak będą postępować w przyszłości i czy uda im się zrealizować swoje zamiary. Natomiast akcja dość szybko traci tempo, kiedy Żegost już pierwszego dnia stawia diagnozę odnośnie sytuacji w księstwie. A czytelnik intuicyjnie wie, że jest prawidłowa i już nic nie jest go w stanie poruszyć. No, może poza niespodziewanym chaosem przy końcu książki. Ale to za mało, by wzbudzić zainteresowanie.

Ognie na skałach są nieudaną powieścią. Nie mają wartkiej i wciągającej akcji, uniwersalnego przesłania, ani walki dobra ze złem. Ot, taka sobie powiastka. Szkoda, bo pomysł był dobry, trzeba go było tylko dopracować. Nie chcę pouczać Rafała Ziemkiewicza, niemniej uważam, że trzymanie czytelnika w napięciu do ostatnich stron znacznie podniosłoby atrakcyjność treści. Podobnie zresztą, jak wprowadzenie bardziej zróżnicowanych osobowościowo bohaterów, po których można byłoby spodziewać się wszystkiego. A tak wyszło "ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra", jakby powiedział Władysław Gomułka.